OnlyFarts
← Wszystkie historie
ONLYFARTS · NR 02Hm.SPOTKANIENA SZCZYCIEkomedia na jedno posiedzenie

Nr 02 · Komedia · 4 min czytania

Spotkanie na szczycie

Pierwszy dzień w korporacji, wczorajszy kebab i prezes w kabinie obok. Kto pierwszy wyda dźwięk, ten przegrywa.

Marek pracował w firmie Polsoft-Integra od dokładnie trzech godzin i czterdziestu minut, kiedy jego jelita postanowiły złożyć wypowiedzenie.

Wszystko przez kebab. Wczorajszy, z budki pod dworcem, zamówiony za dwadzieścia dwunasta z dopiskiem „ostry, ale tak naprawdę ostry”. Pan w budce spojrzał wtedy na niego z czymś w rodzaju szacunku. Dopiero teraz Marek zrozumiał, że był to szacunek, jaki okazuje się żołnierzowi idącemu na front.

— Wszystko w porządku? — zapytała pani Grażyna z kadr, kiedy po raz trzeci poprawił się na krześle.

— Doskonale — odparł Marek głosem człowieka, który właśnie połknął żabę. — Gdzie tu jest… toaleta?

— Na końcu korytarza. Ale u nas remontują, musi pan jechać na dziewiąte.

— A co jest na dziewiątym?

— Zarząd.

Winda jechała wolno. Bardzo wolno. Marek stał w niej wyprostowany jak struna, zaciskając pośladki z siłą, którą można by prostować podkowy. Na ekranie nad drzwiami leciała reklama: „Polsoft-Integra. Działamy bez przestojów”. Żadne zdanie nie było mu nigdy bliższe.

Dziewiąte piętro pachniało skórą, kawą z ekspresu za dwadzieścia tysięcy i pieniędzmi. Łazienka lśniła marmurem. Były w niej trzy kabiny, ręczniki z prawdziwej bawełny i storczyk w doniczce, który wyglądał, jakby zarabiał więcej niż Marek.

Wszedł do środkowej kabiny, zamknął drzwi, usiadł i już miał przystąpić do dzieła, kiedy usłyszał drzwi łazienki.

Kroki. Spokojne, pewne siebie, z lekkim stukotem obcasów. Ktoś wszedł do kabiny obok. Marek pochylił się i zerknął w szczelinę pod ścianką.

Mokasyny. Włoskie, brązowe, z frędzelkami. Te same, które rano widział na zdjęciu w holu, nad podpisem: „Ryszard Wróblewski, Prezes Zarządu”.

Marek zamarł.

Każdy, kto kiedykolwiek pracował w biurze, zna tę zasadę, choć nikt jej nigdy nie spisał. Zasada pierwszego dźwięku. Kto pierwszy wyda dźwięk — przegrywa. A kto przegra, ten już na zawsze zostanie tym, który. Na korytarzu, w windzie, na wigilii firmowej. Zawsze tym, który.

W kabinie obok zapadła cisza. Prezes też znał zasadę.

Minęła minuta. Marek siedział nieruchomo, oddychając przez nos. W jego brzuchu kebab negocjował warunki kapitulacji. Za ścianką prezes przewrócił stronę gazety. Gazety! Ten człowiek przyszedł tu z gazetą. Przyszedł na długą kampanię.

Minęły trzy minuty. Marek przestawał czuć nogi. Prezes kaszlnął — krótko, sprytnie, jakby badał teren. Marek nie dał się sprowokować.

Pięć minut. Jelita Marka wydały z siebie cichy, przeciągły jęk, jak wieloryb wzywający pomocy z głębin oceanu. Marek natychmiast zakaszlał, żeby to zagłuszyć. Za ścianką szelest gazety ustał. Prezes nasłuchiwał.

— Hm — powiedział prezes.

Tylko tyle. „Hm”. Ale w tym „hm” było wszystko: dwadzieścia lat negocjacji, trzy fuzje, jedno wrogie przejęcie i absolutna pewność, że w kabinie obok siedzi ktoś, kto zaraz pęknie.

Marek zacisnął zęby. Nie dziś, pomyślał. Nie w pierwszy dzień.

Siedem minut. Telefon zawibrował. Wiadomość od mamy: „I jak tam w nowej pracy, synku?”. Marek nie odpisał. Nie miał wolnych zasobów.

Dziewięć minut. I wtedy usłyszał coś, czego się nie spodziewał. Z kabiny obok dobiegło ciche, bolesne stęknięcie. Potem drugie. Gazeta zaszeleściła nerwowo. Mokasyny przesunęły się po marmurze, jakby ich właściciel szukał lepszej pozycji obronnej.

Prezes też miał swój kebab. Może nie dosłownie. Może był to tatar z restauracji z gwiazdką Michelin. Ale w tej chwili, na dziewiątym piętrze, w marmurowej łazience, byli tylko dwoma mężczyznami walczącymi z tym samym, odwiecznym przeciwnikiem.

Dwanaście minut. Marek widział mroczki. Słyszał, jak prezes oddycha — krótko i płytko, jak maratończyk na ostatnim kilometrze.

I wtedy pękło.

Ale nie u Marka.

Z kabiny obok wydobył się dźwięk tak potężny, tak głęboki i tak długi, że storczyk w doniczce zadrżał na wszystkich liściach. Zaczął się jak róg myśliwski na otwarcie polowania, przeszedł w tubę orkiestry dętej, a skończył serią krótkich, rytmicznych wystrzałów, jakby ktoś wystukiwał alfabetem Morse'a słowo PRZEPRASZAM. Echo odbiło się od marmuru i wróciło. Dwa razy.

A potem, skoro bitwa i tak była przegrana, prezes przestał się powstrzymywać. Za ścianką rozpętało się piekło. Plusk, chlupot, jęk ulgi i znowu plusk.

Marek nie musiał już niczego ukrywać. Pod osłoną tej kanonady wypuścił z siebie całego kebaba — z sosem, z cebulą i z tym tajemniczym czerwonym czymś, co pan z budki nazwał „specjalnością zakładu”. Nikt by tego nie usłyszał. Nawet gdyby bardzo chciał.

Kiedy było po wszystkim, w łazience zapadła długa cisza. Pełna szacunku. Taka, jaka zapada po wielkiej burzy.

— Nowy? — zapytał zza ścianki prezes. Głos miał zmęczony, ale życzliwy.

— Tak, panie prezesie. Marek. Z księgowości.

— Kebab?

— Spod dworca.

— Ostry?

— Tak naprawdę ostry.

Prezes milczał przez chwilę.

— Szanuję — powiedział w końcu. — Kiedy przyszedłem tu na staż w dziewięćdziesiątym ósmym, wytrzymałem dziewięć minut. Pan wytrzymał dwanaście. Takiej postawy szukamy w tej firmie.

Spłukał. Mokasyny zastukały po marmurze, drzwi łazienki otworzyły się i zamknęły.

Marek posiedział jeszcze chwilę, wpatrując się w drzwi kabiny. Potem umył ręce, wytarł je w ręcznik z prawdziwej bawełny i wrócił windą na swoje piętro.

Na ekranie czekało już zaproszenie: „Spotkanie 1:1 — R. Wróblewski. Temat: Twoja przyszłość w firmie. Miejsce: dziewiąte piętro”.

Pani Grażyna z kadr spojrzała na niego znad monitora.

— Co pan zrobił? Prezes nikogo nie zaprasza na rozmowę w pierwszym tygodniu.

Marek usiadł, poprawił krawat i uśmiechnął się skromnie.

— Wytrzymałem pod presją.

* * *

Koniec. Spłucz i umyj ręce.

← Wszystkie historie