OnlyFarts
← Wszystkie historie
Okładka: Materiał dowodowy

Nr 01 · Kryminał · 4 min czytania

Materiał dowodowy

Czterdzieści trzy dni bez snu, jeden wyrok i porcelanowa muszla, która nie zadaje pytań.

Od czterdziestu trzech dni nie przespał całej nocy.

Odkąd zniknął mały chłopiec, coś w nim pękło. Nie potrafił wskazać konkretnego momentu. Może wtedy, gdy po raz pierwszy zobaczył pusty pokój dziecięcy, z rozrzuconymi klockami i małym bucikiem leżącym pod łóżkiem. A może trzy tygodnie później, gdy matka chłopca zapytała go, czy jej syn jeszcze żyje, a on — człowiek, który przez dwadzieścia lat nauczył się odpowiadać na najtrudniejsze pytania — nie potrafił wydusić z siebie ani jednego słowa.

Od tamtej pory coś w nim siedziało.

Nie dawało mu spokoju. Wierciło się gdzieś głęboko pod żebrami, zaciskało niewidzialne palce na jego gardle i budziło go o trzeciej nad ranem, kiedy miasto tonęło w ciemności, a lodówka w kuchni wydawała z siebie dźwięki przypominające kroki na korytarzu. Jadł nieregularnie. Pił za dużo kawy. Jego brzuch wzdął się i stwardniał, a jelita zaczęły prowadzić własne, niezależne śledztwo, którego wyników nie chciał poznać.

Dzisiaj jednak coś się skończyło.

Człowiek, którego nazwisko przez ostatnie miesiące wywoływało w nim obrzydzenie, usłyszał wyrok. Sala wypełniła się szmerem, ktoś odetchnął z ulgą, ktoś inny zaszlochał. Matka chłopca siedziała nieruchomo, z dłońmi splecionymi tak mocno, że pobielały jej knykcie. Kiedy wszystko dobiegło końca, spojrzała na niego i skinęła głową.

Nie było w tym triumfu. Nie było satysfakcji. Było tylko zmęczenie.

Ale przynajmniej przez chwilę nie musiał już niczego udowadniać.

Wyszedł na korytarz, poluzował pasek spodni i wypuścił powietrze z płuc. Dopiero wtedy zauważył, że od rana boli go brzuch. Nie takie zwykłe pobolewanie po kiepskim śniadaniu. To było coś ciężkiego, napierającego, uporczywego. Jakby ktoś wsadził mu do trzewi cegłę i przez cały dzień dokładał do niej kolejne.

Skrzywił się.

— Tylko tego mi brakowało.

Ruszył w stronę drzwi z niewielkim symbolem na wysokości oczu. Korytarz był niemal pusty. Za plecami zostawił szepty, szelest papierów i stukot eleganckich butów. Przed sobą miał kilka metrów kafelkowej podłogi, umywalkę, lustro i porcelanową muszlę, która nie zadawała pytań.

Zamknął za sobą drzwi.

Wreszcie cisza.

Podszedł do kabiny, rozpiął spodnie i opadł na deskę z westchnieniem człowieka, który właśnie zrzucił z barków ciężar całego świata. Przez kilka sekund siedział bez ruchu. Brzuch pulsował. W jelitach coś bulgotało, przelewało się i przesuwało z niepokojącą determinacją.

Oparł łokcie na kolanach.

— No dobra. Dawaj.

Najpierw odezwał się cichy pomruk.

Potem drugi, znacznie głębszy, dobiegający z okolic, w których żadne ludzkie ucho nie powinno być zmuszone do prowadzenia obserwacji.

Zacisnął zęby, nabrał powietrza i zaparł się mocniej.

Jego twarz poczerwieniała. Mięśnie brzucha napięły się jak liny cumownicze podczas sztormu. Z głębi jelit dobiegł przeciągły, mokry odgłos, po czym odbyt rozwarł się pod naporem pierwszego zwiastuna nadciągającej katastrofy.

Ukazał się mały krecik.

Brązowy, nieśmiały, niemal niewinny. Wysunął główkę na światło łazienkowej lampy, jakby po czterdziestu trzech dniach podziemnej tułaczki wreszcie postanowił sprawdzić, czy na powierzchni rzeczywiście istnieje sprawiedliwość.

Detektyw zmrużył oczy.

— To wszystko?

Odpowiedź przyszła natychmiast.

Zaparł się tak mocno, że aż zadrżała mu noga. Z głębi trzewi wyrwał się basowy pomruk, a następnie potężne PRRRRRRRRRT, które odbiło się od kafelkowych ścian z akustyką godną sali koncertowej. Dźwięk przeszedł w mokre, gardłowe bulgotanie, zakończone krótkim, zdradzieckim prychnięciem.

I wtedy puściło.

Pierwszy kloc fekaliów wystrzelił z jego odbytu z głuchym PLASK! i wpadł do wody. Zaraz za nim poleciała następna porcja, ciężka i masywna, rozbijając powierzchnię wody na brązowe fale. Rozbryzgi uderzyły o porcelanowe ścianki muszli. Kolejne kawałki spadały jeden po drugim, jakby jego układ pokarmowy przez ostatnie tygodnie gromadził materiał dowodowy, a teraz postanowił przedstawić go w całości.

— O ja pierdolę… — wyszeptał.

Nie było końca.

Jego jelita, dotychczas zamknięte w sobie i milczące niczym świadek odmawiający składania zeznań, nagle zaczęły mówić. I mówiły dużo. Każde kolejne parcie wydobywało z niego nową porcję, której towarzyszyło mokre chluśnięcie, przeciągłe brrrttt albo niski, gardłowy pomruk, jakby w głębi jego brzucha ktoś uruchomił stary silnik diesla.

Wreszcie nadeszła kulminacja.

Ciężki, wyjątkowo bezczelny kloc spadł do muszli z siłą, która wywołała potężny Pocałunek Posejdona. Lodowata kropla wody wystrzeliła w górę i trafiła go prosto w odbyt.

Podskoczył na desce.

— KURWA, CHOLERA JASNA!

Przez kilka sekund siedział nieruchomo, z zaciśniętymi pięściami i wzrokiem wbitym w sufit. Serce waliło mu jak młot. Woda powoli uspokajała się w muszli, odsłaniając rezultat całego przedsięwzięcia.

Na dnie spoczywał imponujący monument fekalnej determinacji. Wieloczęściowa konstrukcja, której rozmiary sugerowały, że przez ostatnie tygodnie jego organizm prowadził tajny program inwestycyjny bez wiedzy właściciela.

Pozostało kilka drobnych pierdnięć. Krótkie, mokre pffft, po których jego brzuch wreszcie przestał stawiać opór.

Zapadła cisza.

Detektyw odchylił głowę i zamknął oczy.

Po raz pierwszy od wielu tygodni nie myślał o małym chłopcu. Nie myślał o dowodach, zeznaniach ani o twarzy człowieka, którego właśnie skazano. Myślał wyłącznie o tym, że jego brzuch wreszcie przestał boleć.

Sięgnął po papier toaletowy.

Przed nim pozostawała ostatnia czynność. Rutynowa, nieprzyjemna, wymagająca skupienia i odpowiedniej ilości materiału.

Ale przecież najtrudniejsze sprawy miał już za sobą.

A przynajmniej tak mu się wydawało.

* * *

Koniec. Spłucz i umyj ręce.

← Wszystkie historie